Hallstatt- miasto sfotografowane milion razy

„Sfotografowane miliony razy- raz skopiowane-zawsze bez skutku”

Tym hasłem reklamują się władze miasteczka Hallstatt. Trudno nie zgodzić się z tym stwierdzeniem, nie ma zdjęcia, które oddaje piękno tego malowniczego miasteczka. A już na pewno nie są to zdjęcia zrobione przez nas 😉
Może zastanawiać was określenie „raz skopiowane”.
Chińczycy tak pozazdrościli Austriakom tego cudu, że wybudowali kopie miasteczka u siebie za niemałą sumę 940mln dolarów ;o Zabawne bo spacerując po miasteczku możemy odnieść wrażenie, że jesteśmy raczej w Azji niż Austrii, 80% turystów to właśnie Azjaci, którzy z przewieszonym aparatem fotografują wszystko dookoła.
I po czasie mnie to nie dziwi, ponieważ miasteczko jest tak piękne, że warto oblecieć poświata, żeby je zobaczyć!

Miasteczko

Hallstatt sam w sobie jest malutki, bez problemu możemy go przejść wzdłuż i wszerz ślimaczym krokiem w 20 minut, ale my polecamy poświecić mu duuuużo więcej czasu!
Spacer tamtymi uliczkami to prawdziwa uczta dla oczu, urokliwy rynek w tle piękne domki w iście austriackim stylu, wąskie klimatyczne uliczki, no i Alpy, gdzie nie spojrzymy góry.

hallstatt rynek

Maleńki cmentarz

Kiedy już nacieszycie oczy tym pięknym miejscem, polecamy wspiąć się trochę w górę i odwiedzić niezwykły cmentarz, który znajduję się przy kościele parafialnym.

kościoł

Cmentarz jest wyjątkowy, ponieważ przez ograniczony rozmiar trumny zakopywano tam pionowo. Tuż obok cmentarza znajduję się niewielka kapliczka, która jest jego przedłużeniem. Kiedy zabrakło miejsca na cmentarzu, zaczęto ekshumować kości i czaszki, oczyszczać je i składować w kapliczce. Wchodząc, zobaczymy dokładnie 1200 sztuk czaszek z imieniem i nazwiskiem oraz datą zgonu osoby zmarłej. Na czaszkach kobiet widnieją malunki pędu bluszczu i kwiaty róży, które są symbolem życia i miłości.  U mężczyzn zaś liście dębu i lauru symbolizujące męstwo i zwycięstwo.

Kapliczka jest jednocześnie muzeum i wstęp do niej jest płatny (1,5 euro). Przy wejściu otrzymujemy w wybranym przez nas języku, krótką informację o miejscu i historii, którą oddajemy z powrotem przy wyjściu.

Trzeba przyznać, że całemu procesowi towarzyszy dość niespotykane uczucie, potęguje to pewnie też fakt, że jesteśmy otoczeni ogromną ilością czaszek zmarłych ludzi.

Po całym dniu chodzenia przyszła pora na spróbowanie czegoś lokalnego 😀 W czasie dnia raczyliśmy się domowymi tostami, więc żeby nie paść z przejedzenia, skusiliśmy się popularną zupę FRITTATENSUPPE, czyli zupa naleśnikowa.
Jest wywar mięsno-jarzynowy na bazie wołowiny, w którym pływają kawałki naleśnika. Jeśli lubicie rosół, ta zupa powinna Wam smakować.
zupa austria

Nie obyło się oczywiście bez deseru 😛

Robert spróbował klasycznego Austriackiego deseru – Apfelstrudel jest to ciasto nadziewane jabłkami z dodatkiem cukru, masła, rodzynek i cynamonu. Smakuje przepysznie, choć ja nie pałam wielką miłością do cynamonu.
Właśnie z tego powodu zdecydowałam się na inny wariant strudla Topfenstrudel to ciasto nadziewane twarożkiem, równie smaczne i zdecydowanie bardziej zapychające od wersji z jabłkiem(niestety szybciej jemy niż robimy zdjęcia).

Musimy przyznać, że miasteczko się ceni, jest tam dość drogo. W zwykłym markecie ceny są mocno zawyżone. Przy szukaniu restauracji polecamy nieco odbić od głównej turystycznej uliczki.
kamienica

Gdzie zaparkować?

Co ciekawe w miasteczku jest zamknięty ruch drogowy i wjazd mają tylko mieszkańcy oraz pracownicy. Dla osób z zewnątrz są dwa parkingi poza miasteczkiem i trzeba się kawałek przespacerować. Parkingi podobno są płatne, my nieświadomie zaparkowaliśmy bez zapłaty, o której dowiedzieliśmy się dopiero po powrocie do domu (na szczęście obyło się bez mandatu).

Podsumowując, gorąco zachęcamy do odwiedzenia tego magicznego miasteczka.
Jest piękne i z pewnością każdy znajdzie coś dla siebie. Przy głównych ulicach znajdziemy ruch i gwar nieco dalej ciszę i spokój 😉

Bym zapomniała… Rodziców z dziećmi zachęcamy do odwiedzenia placu zabaw znajdującego się na końcu miasteczka. My mieliśmy ogromną frajdę!

plac zabaw